Ponieważ Luke miał 16 lat, to on prowadził. Jechaliśmy w milczeniu, nie licząc wrzasków dobiegających z worka.
- Taaaylor! WYPUŚĆ mnie, bo pożałujesz! Bella, kochanie, czy oni ciebie też porwali? Kotku, odezwij się! - na co moja przyjaciółka zdrowo kopnęła worek.
- Kto to zrobił?! Castellan?! Taylor?! Daję głowę, to nie mogła być moja kizia-mizia!
- Tak, to była twoja "Kizia-mizia"! A głowę z przyjemnością ci obetnę! - wrzasnąłem tracąc cierpliwość na przednim siedzeniu. Odwiązałem worek ukazując maluteńką szparkę i wsypując tam kolejną śmierdzibombę i garść płatków owsianych. Niestety, musimy go karmić i utrzymywać przy życiu, ale Jackson chyba zemdlał od tego smrodu, więc mieliśmy spokój. Mieliśmy zamiar pojechać na Olimp jak najszybciej, ale zapomniałem zrobić jednej rzeczy: odwiedzić wyrocznię. Najbliższa mieszka w - jakby to nie mogło być inne miejsce - Vegas. Miałem plan składający się z kilku punktów. 1) Nie dać się zabić 2) Odwiedzić Wyrocznię 3) Wynająć helikopter 4) Polecieć na Empire State Bulding. Byłem takim idiotą, że zapomniałem odwiedzić obozowej Wyroczni. Zapytacie pewnie: Po co do jasnej ciasnej odwiedzić wyrocznię?! Przecież Olimp jest tylko kilkanaście przecznic dalej od Obozu Herosów! Tak się składa, że jeśli na przykład... Jackson ucieknie, to nie będziemy wiedzieć, czy opłaca się go szukać czy też nie. W końcu zasnąłem:
Stałem niedaleko "domku" Jacksona. W oczach Chejrona były łzy. Obok niego stał Kozłonóg, Grover. Satyr powęszył i powiedział.
- Uderzenie pioruna. Że też nie pospieszyliśmy się z połączeniem empatycznym, chociaż nie mógł przeży...
- Uderzenie PIORUNA?! - przerwał Centaur.
- Tak.
- Taaaylor! To MUSIAŁ być on!
- Ale jak?! Nie ma takiej mocy!
- To syn Zeusa ty głupi Kozłonogu!
- Skąd wiesz, że to nie Zeu...- Obok satyra uderzył piorun. Byłem wściekły. Albo to tata, albo moje moce działają przez sen. Jak śmiał obrażać mojego ojca?! Ja mu pokażę! Kolejne błyskawice. W końcu go trafiło.
- Wiem, że to ty, Taylor. Dopadnę cię i rozszarpię na kawałki! - szepnął Chejron pochylając się nad Groverem. Obraz się rozmazał. Tym razem Silena pocieszała płaczącą Annabeth.
- N-n-n-n-nie m-m-m-mógł t-t-t-tak... - jąkała się córka Ateny.
- Ciii... jest dobrze. Luke by cię nie zostawił. Wróci do ciebie. Za dobrze walczy, by nie przeżyć.
- N-n-na p-pewno?
- Na pewno. Musisz wziąć się w garść! Luke by tego nie chciał!
- Masz rację. Muszę się ogarnąć! - Obraz znów się rozmazał. Tym razem siedziałem we wnętrzu bogato urządzonego dworku. Na białej, skórzanej kanapie siedziała kobieta z blond włosami i niebieskimi oczami. Kogoś mi przypominała. Nie wiem kogo, ale na pewno kogoś. Płakała. W ręku trzymała fotografię. Popatrzyłem na nią (fotografię) i zamarłem. Była na nim trójka ludzi. Ona, jakiś bobas i... mój ojciec. Tym bobasem muszę być ja, ta kobieta przypominała mi mnie, to była Aggie Taylor, moja matka! Ale zaraz... to nie możliwe! Ja nie mam mamy. Ona zginęła. Przeze mnie. Przy moim urodzeniu. A jednak... nie wiem co o tym sądzić. Zresztą, obraz teraz ukazywał kobietę z piwnymi oczyma, brudną twarzą i ciemnymi, przetłuszczonymi włosami. Jakim cudem sen tak może zmęczyć myśleniem?! Nie ważne, ja tą kobietę znałem. Nie raz była w New York Timesie czy innej śmiertelniczej gazetce. Do pasa miała przypięty pistolet. Cała była ubrana na czarno. Postanowiłem nie opowiadać Belli o tym śnie. Yvonne Arcus wędrowała przez New Yersey (poznałem po beznadziejnym krajobrazie).
- Apollo, kochanie. Daj mi jakiś znak! Że nasza córka żyje, czy cokolwiek innego! Jaka ja byłam głupia... - i się rozpłakała.
- Wstawaj! Już dziesiąta! - Luke miał podkrążone oczy. Ziewnął mi na dzień dobry. Prowadził w końcu całą noc.
- Gdzie jesteśmy?
- W Arizonie. Już niedaleko. Co ci się śniło? - spytała Bella. Opowiedziałem jej wszystko, oprócz obrazu jej matki. Kiedy skończyłem, powiedziała
- Twoja mama nie żyje. - Wiedziałem, że tak odpowie.
- Sny herosów nigdy nie kłamią!
- Wiem, ale... to dziwne. To by wyglądało na to, że cię porzuciła! A poza tym Aggie Taylor nie występuje od 14 lat. I na Manhattanie jest jej grób i ...
- WIEM! Ale to nie mogło być Elizjium w Hadesie. Krajobrazy za oknem wyglądały na... St. Johns! To w Arizonie!
- Michael, nie możemy tam jechać. Mamy misję! Twój ojciec się wścieknie!
- No tak, ale...
- MICHAEL!
- Okej, okej... ale on ją kochał!
- Wiem, ale po prostu nie zdążymy. - w oddali coś zaczęło dudnić. Kilka chwil później, przed nami wyrosła wielka hydra. Wyjąłem z pasa Aresa "Eliksir mocy - masz farta, działa w nieskończoność!" Szybko opróżniłem zawartość butelki. Złożyłem zbroję, hełm, wyciągnąłem Niszczyciela i przywołałem tarczę do normalnych rozmiarów. Wysiadłem z samochodu nie zważając na protesty przyjaciół. Czułem, jak eliksir wolno spływa do żołądka. Zbyt wolno. Nie zauważyła mnie. Stanąłem za wysokim głazem. Okolice krtani, niedaleko płuc i żołądek. Moje oczy (według opowieści Belli) zrobiły się czerwone. Miecz w mojej ręce zaczął płonąć. Zaszarżowałem. Potwór zauważył mnie. Kiedy obciąłem jedną głowę, nic z niej nie wyrosło. Sposób braciszka (Heraklesa): podpalić odcięte miejsce - więcej głów dzięki temu nie odrośnie. Druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta. Już tylko ta ostatnia. Ta, która jest mózgiem całego ciała. Strasznie się zmęczyłem, mimo eliksiru mocy. Wziąłem zamach i odciąłem ostatnią głowę. Światło mi zgasło. Bella ocuciła mnie w samochodzie. Córka Apollina. Boga lekarzy. Hello (czytaj: helooooł! xD) Była czymś zszokowana.
- Co jest?
- Czy ty przypadkiem nie masz niebieskich oczu?
- Mam. Spójrz! - pokazałem palcem na lewe oko. Bella pokręciła głową.
- Sam spójrz! - podała mi lusterko. Przewróciłem oczami, ale dla świętego spokoju podsunąłem je sobie pod twarz. Miałem... miałem szare oczy! Nagle mnie olśniło.
- Podaj mi butelkę po Eliksirze mocy. - kiedy odgiąłem etykietkę, było tam coś takiego:
Kontakt z ziemią - brązowe oczy
Kontakt z wodą / parą wodną / lodem - niebieskie oczy
Walka - czerwone oczy
Kontakt z trawą / drzewami - zielone oczy
Kontakt z przedsięwzięciem budowlanym / mechanicznym - szare oczy
Kontakt z elektryką - żółte oczy
Kontakt z ogniem - pomarańczowe oczy
Ekscytacja - czarne
Soreczka, Michael źle napisałem. To eliksir żywiołów. Twój miecz / tarcza / zbroja może przywołać / zawładnąć każdym żywiołem. Nawet syn Posejdona w morzu nie może cię załatwić, kiedy wypiłeś tę potkę.
Ares
Ps "Eliksir żywiołów" to eliksir mocy
To było świetne! Jak bogowi wojny udało się stworzyć coś takiego?! Przeczytałem to na głos przyjaciołom. Reakcje były... różne.
- To nie możliwe! - Bella
- Ale coooool! - Luke. Jackson siedział cicho. Otworzyłem worek by wsypać tam trochę płatków. Lecz mojego kuzyna tam nie było.
Mogę napisać tylko tyle : Jackson, do wora!
OdpowiedzUsuńjestem fanką Jacksona
OdpowiedzUsuńi to nie w moim stylu ty !!!!!!!!!!!!!!!!!