środa, 7 maja 2014

Rozdział IV Bawimy się w złoczyńców

Ta notka jest dla każdego, nawet dla ciebie, jeśli kiedykolwiek porwałeś Percy'ego Jacksona.
                                                                 *******
Byłem w tak strasznym szoku, że zemdlałem. Znalazła mnie Silena od Afrodyty na podłodze kiedy szła na inspekcję. Leżałem w szpitalu przez kilka dni. Dowiedziałem się kilku interesujących rzeczy: Dostałem 4/5 punktów, jestem w szpitalu od tygodnia, Loy zajął się moim obiadem. Stetoskop (nasz uzdrowiciel, naprawdę nazywa się Brice Pelcom) kazał mi zostać tu jeszcze przez tydzień. Odwiedził mnie Chejron rzucając chłodne "zdrowia życzę". Po dwóch godzinach zaczynałem już świrować. No bo wiecie, herosi mają ADHD. Wtedy się rozpadało. Może tata chciał mi pomóc, ale widziałem co zrobić. Po cichaczu wymknąłem się na zewnątrz. Ostatnio dość często są burze. Kiedy naładowałem sobie akumulatory, poszedłem po plecak. Mam zamiar zrealizować moją misję bez pereł.

                                                              *********
Ubrałem się w zbroję, Niszczyciela włożyłem do pokrowca i zawiązałem go sobie u boku. Odkryłem, że moja tarcza może się zmieniać w breloczek. Wziąłem kawałek sznurka, i przymocowałem do niego breloczek-tarczę. Do plecaka wrzuciłem hełm, trochę nektaru i ambrozji, latarkę, moje skrzydlate Air maxy, zapas jedzenia na 3 miesiące, masę śmiertelniczych pieniędzy, złote drachmy, linę, Bejsbolówkę-niewidkę, ogień od Hestii i worek. Nie pytajcie, po co to ostatnie. Założyłem pas od Aresa, do którego dodatkowo przymocowałem spiżowe kajdanki. Przez ramię przerzuciłem złoty łuk i kołczan strzał od Apolla. Pójdę po Luke'a, Bellę i może Clarisse, ona nienawidzi Jacksona. Chociaż Luke nigdzie nie ruszy się bez Annabeth, ale to z kolei doprowadzi Bellę do rozpaczy. Nie ważne. Najpierw Luke, on praktycznie u mnie mieszka i tak się składa, że dziś u mnie nocuje. Zapukałem do drzwi.
- Kto to? - zapytał Luke.
- Ja, Michael. - drzwi się otworzyły. Stanąłem z niedużym pokoiku. Mój kolega ostatnio zwędził trochę rzeczy z pobliskiego AGD. W rogu stał telewizor z x-Boxem i Play Station 4. Obok była wieża radiowa.
- Nie w szpitalu? - zdziwił się.
- Nie.
- Ok, zwykle tu nie wchodzisz. Co się dzieje?- i opowiedziałem mu o swoim planie.
- Ja się nie ruszam bez Annabe...
- NIE! Bella, płacz, miłość melodramatyczna! Pamiętasz? - spytałem.
- Tak, racja... - Luke był wyraźnie zmieszany. Potem się wyprostował i powiedział dumnym głosem.
- Przyjaciele najważniejsi!
- Super. Taaa... idziemy po Bellę?
- Chodźmy zatem! - to było trochę dziwne, no comment. Poszliśmy po Bellę. Poszła z nami, gdy usłyszała co mamy zrobić. Ona chyba też nie przepada za Jacksonem. Poszliśmy do jego domku (a właściwie budki). Wleźliśmy tam przez okno. Spał. Miał niestety, lekki sen. Kiedy podłoga zaskrzypiała, obudził się.
- Co jest do cholery?! Co wy tu robicie, idioci?! - Wrzeszczał. Ale kiedy zauważył Bellę zaczął walić tak słabymi flitrami, że... będziecie mieć z niego bekę.
- Uuu... Bella, tak? Po co się trzymasz z tymi pacanami? Chodź zjemy kolację, popatrzymy na morze... będzie cudnie, śliczna. - Nie ogarniam, jak można ją TAK traktować? Piorun wleciał przez sufit i walnął go w pierś. Leżał nieprzytomny. W dachu była dziura, ale nie zamierzałem bawić się w śmiertelniczego Boba Budowniczego. Wraz z Lukiem założyliśmy mu kajdanki i wpakowaliśmy do worka. Dodatkowo wrzuciłem tam kulkę-śmierdziulkę, którą znalazłem w pasie od Aresa. Kiedy się obudzi, będzie miał małą niespodziankę. Sznurek przywiązaliśmy do worka, dzięki czemu nie musieliśmy go nieść (to by była masakra). Przeszukaliśmy jego dom. Znaleźliśmy długopis, który okazał się mieczem, zdjęcia Belli, drewnianą tarczę, zdjęcia Belli, kolejną linę (przyda się), zdjęcia Belli, masę niebieskich ciuchów, zdjęcia Belli, "Kuchnia- owoce morza" (książkę kucharską) i zdjęcia Belli. Wszystko potraktowałem piorunem. Tylko długopis trzeba było uderzyć 2 razy. Zastaliśmy domek, zostawiliśmy więcej miejsca do treningów. Wszystko to popiół. Zło! Błahahaha! Robiło się jasno. Zwialiśmy z obozu tak szybko, jak się tylko dało. W worku coś się działo. Stłumiony głos Jacksona krzyczał.
- Ratunku! Gdzie jestem?! Taylor, oberwiesz! Chejronie! Pomocy! - Wrzasnąłem:
- Przymknij się, Jackson! - ucichł. Ufff... Nie możemy się tak po prostu pokazać na Manhatanie z workiem na plecach. Miałem pewien pomysł. Na razie wynajęliśmy samochód, Lamborgini na nazwisko Jackson. Zapłaciliśmy za godzinę, ale chyba nie oddamy autka na czas.


                                                      **********************

Jaki Michael jest złyyyyyyyyyyyyyy! No cóż, kocha ojca. Zaraz się spytacie Co? czwarty rozdział i zaraz pojadą na Empire State Bulding? Nie, moi drodzy. Mam zamiar utrudnić życie Michaelowi.

1 komentarz:

  1. La la la la, a Jackson w worku! :D Mam głupawkę i zaczęłam tańczyć, jak to przeczytałam :D xD Niezniszczalny miecz Jacksona jednak zniszczalny? Coraz bardziej mnie to twoje opowiadanie wciąga... :D Jeszcze trochę się ze mną pomęczysz... :DDDD

    OdpowiedzUsuń