piątek, 30 maja 2014

Rozdział IX W resteuracji "Pod Zeusem"

Wkrótce i ja, i Luke, i Bella wylądowaliśmy w Nowym Yorku. Wreszcie.
- Bella, wiesz kim był ten facet obok mnie?
- Nie.
- To był Ares.
- Serio?
- Serio. I on powiedział, że jesteś ileś tam razy prawnuczką Afrodyty.
- CO?! Nie! Moim ojcem jest Apollo, a mamą... Yvonne Arcus.
- Wiem, ale w żyłach twojej matki płynie krew Afrodyty! Tak powiedział Ares.
- Ojej, Michael... nie powinieneś ze mną być.
- Co. Ty. Gadasz. ?- zapytałem.
- Jesteś za potężny jak na powaloną wnuczkę Afrodyty!- i wybuchła płaczem.
- Nie, Bella, nie. To nie tak. Ja jestem spokrewniony z Jacksonem. Nie odrzuciłaś mnie. Ja nie odrzucę ciebie. To jest właśnie fajnie. Jesteś tak ładna. - spojrzałem jej w oczy. - To nie twoja wina.
Przytuliła mnie.
- Miejmy nadzieję, że nie jesteś Hyperionem! - oboje się roześmialiśmy i ruszyliśmy za Lukiem w kierunku najbliższej restauracji. Kiedy podeszliśmy bliżej, zorientowałem się, że nazywa się "Pod Zeusem". W sumie to trochę logiczne... Empire State Bulding był zaledwie przecznicę dalej. W środku na pewno nie było jak na Olimpie. Pusto, mrocznie i tak... tajemniczo. Nie dodało mi to otuchy. W środku było bajrorko. Mówię serio. Podszedł do nas siwy kelner. Wcześniej moczył rękę w wodzie.
- Czego państwo sobie życzą? - powiedział z dziwnym, nie znanym mi akcentem.
- Chciałbym dostać jakąś rybę... - zaczął Luke. Wtedy się zaczęło. Jakaś dziwna przemiana. Kelner podreptał do bajorka i zaczął rosnąć i zieleniąc. W krótce stał przed nami jakiś potwór. To był chyba... chwila chwila...
- Skylla! - wrzasnęła Bella. Wyciągnąłem Niszczyciela. Bella łuk, a Luke Szerszenia. Wszyscy razem natarliśmy na potwora. Słabo, słabo... Już wiem! Wezwałem piorun! To idealne rozwiązanie! Woda znakomicie przewodzi prąd. Ziemia zadrżała...
- Eksploduje! - krzyknąłem. Wybiegliśmy z budynku mknąc przed siebie z prędkością światła. I nagle... BUUUM! Cała restauracja eksplodowała. Woda była wszędzie. Luke mocniej trzymał worek. Chyba nikt nie ucierpiał...
- TAM SĄ- To był Chejron. Świetnie. Spotkanie z kolegami z Obozu. Nie mieliśmy szans, mimo, że było ich raptem dziesięciu. Natarli na nas z wrzaskiem. Rozpoznałem Jacka, Jamesa i Rodricka od Ateny, Jerry'ego od Demeter, Mika i Nerydię od Hefajstosa i Fortyna, Braci Hood i Jessicę od Hermesa. Miałem strasznie mało sił. Nagle, wpadłem na pewien pomysł. Muszę tylko trochę zregenerować energię. Na razie powiedziałem tylko do Luke'a:
- Układ jak zawsze. - córka Apolla i syn Hermesa stanęli po moich bokach. Obozowicze natarli na nas. To było eee... z braku lepszego określenia śmieszne. Może ja też kiedyś taki byłem? Obóz Herosów robi z nas takie... coś? Może miesiąc tułaczki po kraju zrobił swoje? W każdym razie niedługo potem połowa uczestników wyprawy po odbicie Jacksona leżała na betonie ledwo żyjąc. James chwiejnym krokiem wstał, co było błędem, bo potem znów leżał na betonie. Krew mieszała się z błotem. No nie powiem, dość makabryczny widok. Został jeszcze Rodrick i Chejron. Rodrick zaraz leżał na ziemi, ale Chejron... jego będzie trudniej pokonać. Już miałem to zrobić, kiedy on powiedział:
- Ja tu dowodzę, nie walczę. - i odbiegł w kierunku Long Island. 3 godziny do przesilenia. Zdążymy. Wziąłem Luka i Bellę za rękę i poleciałem prosto na sam szczyt Olimpu, znany też jako Empire State Bulding.

2 komentarze:

  1. Pffff... foch xD Robisz z obozowiczów słabiaków xD

    OdpowiedzUsuń
  2. no nie ale nie skończyłaś słabo!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Hihihihihihihihih

    OdpowiedzUsuń