Po tej całej aferze ze śmiercią Belli, bałem się odstąpić ją na krok. Ba! Bałem się usiąść z przodu samochodu. Oczy robiły mi się liljiowe kiedy na nią patrzyłem. To musiał być jakiś efekt uboczny eliksiru Aresa (zabiję gościa, te oczy są tak... nie można się o nich ładnie wyrazić...). Jechaliśmy po nierównej drodze w kierunku Nowego Yorku. I nie uwierzycie... pozwolili mi odwiedzić St.Johns! Tak, dokładnie. Został tydzień do przesilenia. Według BWGTJ zostało 10 kilometrów. Prawie podskakiwałem na siedzeniu. Jedynie obecność Belli mnie od tego powstrzymywała. Luke chyba też poczuł ulgę. Nie będzie musiał się chować Annabeth kiedy... halo, pani Afrodyto! Proszę mi już nie mieszać w głowie! No. Także jedziemy. Mijaliśmy ocean. Zacząłem patrzeć przez okno.
- Abulugbu! - To Bella. Jackson trzymał jej rękę na ustach wię wydobywała ten dźwięk.
- Wiesz, to zaczyna mnie wkurzać. - powiedziałem do syna Posejdona. Wyjąłem Niszczyciela i ugodziłem go w rękę. Krwi nie było dużo. Rana wielkości małego guzika. Jackson syknął z bólu. Znów wpakowałem go do wora. Nie wiem jak się wydostał. Nie było żadnej dziury. No, ocean to ocean. Syn Posejdona to syn Posejdona. Zanim się obejrzałem, wjechaliśmy do St.Johns. Zwykłe miasteczko. Urocze domki i mnóstwo palm. W końcu zauwarzyłem. Dom mojej matki. Miałem ochotę odfrunąć ze szczęścia. I wtedy zaczyna się akcja. Zamieniłem się w kolibra! Mówię serio! Takiego niebieskiego.
- Aaaa! Gdzie Michael?! Skąd się tu wziął koliber?! Luke! - wrzasnęła Bella . Pomyślałem, że nie mogę na to patrzeć i znów byłem człowiekiem! Wreszcie do mnie dotarło. Jestem spokrewniony z Jacksonem bardziej, niż przez ojca. Byłem potomkiem argonauty, wnuka Posejdona. Zrobiło mi się słabo. Prawie upadłem, Bella mnie podtrzymała.
- Co się stało, moja błyskawico? - spytała zmartwiona.
- Ja... nic. Nic się nie stało. - bałem się jej to powiedzieć. A jak mnie odrzuci? Zerwie ze mną? Nie. Nie powiem nic. Wjechaliśmy przez bramę z kutego żelaza. Żwirowa droga prowadziła pod wielkie, pozłacane drzwi. Rezydencja była z białego marmuru (to ulubiony materiał mojego ojca). Teraz zobaczyłem platynową tabliczkę z wyrytym napisem TAYLOR MANOR. Że cooo? Nie było czasu na podziwianie. W drzwiach stanęła smukła blondynka o smutnym wyrazie twarzy.
- Mamo... - powiedziałem. Drgnęła.
- Michael? To... to na prawdę ty? - w oczach mojej mamy zaszkliły łzy.
- Ona mi cię zabrała... - była bliska płaczu. Przytuliłem ją. Nie mogłem w to uwierzyć. Miałem mamę przez te wszystkie lata i nawet o tym nie wiedziałem? To już było nie fair.
- Kim są twoi przyjaciele? - zapytała gdy trochę się opanowała.
- To jest Luke Castellan, syn Hermesa, mój przyjaciel a to jest Bella Arcus, córka Apolla i moja dziewczyna.
- I nawet nie wiedziałam, że masz dziewczynę - powiedziała kręcąc głową. Bella nieśmiało się uśmiechnęła.
-Wchodźcie, co tak stoicie! - powiedziała mama.
- Ach, mogę jeszcze po coś iść? - zapytał Luke. No tak. Worek.
- Oczywiście, Luke. - odpowiedziała pani domu. Nas wprowadziła do wielkiego holu. Bella trzymała mnie za rękę. Musiała się troszkę sterować. Z kątu łypała na nas rzeźba Zeusa. Wszystko było przepiękne, ale zimne. Ogólnie hol robił wrażenie mini-muzeum. Salon był dużo bardziej nowoczesny. Na marmurowej (oczywiście białej) podłodze leżał złocisty dywan. Stały tu złote, skurzane fotele i kanapy. Znajdował się tu największy telewizor jaki kiedykolwiek widziałem. W rogu była wieża stereo i sporawe głośniki.
- Derek! Mamy gości! - do pokoju wbiegł domowy troll w firmowej koszulce "Trolle sprzątają".
- Usiądźcie. Derek przyniesie nam... no co tam chcecie. - powiedziała mama. Troll podszedł do Belli i powiedział ochrypłym głosem:
- Co sobie panienka życzy?
- Och... ja poproszę może... herbaty? - Derek pstryknął palcami i w powietrzu zawirowała kubek herbaty. Bella ostrożnie upiła łyk.
- Mmm... pyszne! Dziękuję ci, Derek! Najlepsza jaką w życiu piłam! - pochwaliła go córka Apolla. Troll ukłonił się. Podszedł do mnie.
- Co pan sobie życzy?
- Może... oranżadę wiśniową i żelki? - tak, to była moja ulubiona przekąska. Troll ponownie pstryknął palcami i pojawiło się moje ulubione danie.
- Ach tak... on je kochał. - powiedziała mama.
- Kto? - zapytałem. Dopiero teraz zauważyłem że żelki i oranżada są firmy Boooskie słodycze.
- Twój ojciec. Nie było dnia, gdy nie pił i nie jadł wiśniowej oranżady i żelków. Mieliśmy w piwnicy całkiem niezłe zapasy. Do tej pory je mam. Słodycze tej firmy nigdy się nie psują. - właśnie w tej chwili do pokoju wszedł Luke z workiem na plecach. Rzucił mi spojrzenie pod tytułem Wrzuciłem mu środki usypiające.
- Są tu lochy?
- Po co ci lochy?
- Muszę... coś sprawdzić.
- Schodki w dół, jest tam parę cel.
- Dziękuję.
Luke ruszył ku schodkom.
- No więc... mamo. Opowiedz mi. - zacząłem rozmowę.
- O czym?
- O wszystkim. Moją historię.
- No więc... kiedy cię urodziłam i ja, i twój ojciec byliśmy bardzo dumni. Przez pierwsze 5 miesięcy byliśmy bardzo szczęśliwi. Ale on musiał odejść. Stawał się człowiekiem. Dwa miesiące potem, w twoim łóżeczku cię nie było. Był tylko list od Hery. 2 zdania. Nie możecie być razem. Zabrałam go do Obozu. Hera. Byłam zrospaczona. Upozorowałam własną śmierć. Chciałam już na zawsze żyć samotnie. Nie popełniłam samobójstwa dlatego, bo miałam przeczucie, że kiedyś się odnajdziesz. I oto jesteś.
- Jakim cudem nikt cię nie znalazł? Ta posesja jest ogromna!
- Mgła.
- Okej...
- Co was tu sprowadza, synku?
- Jesteśmy na misji zleconej przez ojca.
- Och... ojej. To lećcie już. Pozdrówcie go ode mnie. I pamiętaj, Michael. Od teraz to twój nowy dom.
- Derek! Mamy gości! - do pokoju wbiegł domowy troll w firmowej koszulce "Trolle sprzątają".
- Usiądźcie. Derek przyniesie nam... no co tam chcecie. - powiedziała mama. Troll podszedł do Belli i powiedział ochrypłym głosem:
- Co sobie panienka życzy?
- Och... ja poproszę może... herbaty? - Derek pstryknął palcami i w powietrzu zawirowała kubek herbaty. Bella ostrożnie upiła łyk.
- Mmm... pyszne! Dziękuję ci, Derek! Najlepsza jaką w życiu piłam! - pochwaliła go córka Apolla. Troll ukłonił się. Podszedł do mnie.
- Co pan sobie życzy?
- Może... oranżadę wiśniową i żelki? - tak, to była moja ulubiona przekąska. Troll ponownie pstryknął palcami i pojawiło się moje ulubione danie.
- Ach tak... on je kochał. - powiedziała mama.
- Kto? - zapytałem. Dopiero teraz zauważyłem że żelki i oranżada są firmy Boooskie słodycze.
- Twój ojciec. Nie było dnia, gdy nie pił i nie jadł wiśniowej oranżady i żelków. Mieliśmy w piwnicy całkiem niezłe zapasy. Do tej pory je mam. Słodycze tej firmy nigdy się nie psują. - właśnie w tej chwili do pokoju wszedł Luke z workiem na plecach. Rzucił mi spojrzenie pod tytułem Wrzuciłem mu środki usypiające.
- Są tu lochy?
- Po co ci lochy?
- Muszę... coś sprawdzić.
- Schodki w dół, jest tam parę cel.
- Dziękuję.
Luke ruszył ku schodkom.
- No więc... mamo. Opowiedz mi. - zacząłem rozmowę.
- O czym?
- O wszystkim. Moją historię.
- No więc... kiedy cię urodziłam i ja, i twój ojciec byliśmy bardzo dumni. Przez pierwsze 5 miesięcy byliśmy bardzo szczęśliwi. Ale on musiał odejść. Stawał się człowiekiem. Dwa miesiące potem, w twoim łóżeczku cię nie było. Był tylko list od Hery. 2 zdania. Nie możecie być razem. Zabrałam go do Obozu. Hera. Byłam zrospaczona. Upozorowałam własną śmierć. Chciałam już na zawsze żyć samotnie. Nie popełniłam samobójstwa dlatego, bo miałam przeczucie, że kiedyś się odnajdziesz. I oto jesteś.
- Jakim cudem nikt cię nie znalazł? Ta posesja jest ogromna!
- Mgła.
- Okej...
- Co was tu sprowadza, synku?
- Jesteśmy na misji zleconej przez ojca.
- Och... ojej. To lećcie już. Pozdrówcie go ode mnie. I pamiętaj, Michael. Od teraz to twój nowy dom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz