piątek, 30 maja 2014

Rozdział IX W resteuracji "Pod Zeusem"

Wkrótce i ja, i Luke, i Bella wylądowaliśmy w Nowym Yorku. Wreszcie.
- Bella, wiesz kim był ten facet obok mnie?
- Nie.
- To był Ares.
- Serio?
- Serio. I on powiedział, że jesteś ileś tam razy prawnuczką Afrodyty.
- CO?! Nie! Moim ojcem jest Apollo, a mamą... Yvonne Arcus.
- Wiem, ale w żyłach twojej matki płynie krew Afrodyty! Tak powiedział Ares.
- Ojej, Michael... nie powinieneś ze mną być.
- Co. Ty. Gadasz. ?- zapytałem.
- Jesteś za potężny jak na powaloną wnuczkę Afrodyty!- i wybuchła płaczem.
- Nie, Bella, nie. To nie tak. Ja jestem spokrewniony z Jacksonem. Nie odrzuciłaś mnie. Ja nie odrzucę ciebie. To jest właśnie fajnie. Jesteś tak ładna. - spojrzałem jej w oczy. - To nie twoja wina.
Przytuliła mnie.
- Miejmy nadzieję, że nie jesteś Hyperionem! - oboje się roześmialiśmy i ruszyliśmy za Lukiem w kierunku najbliższej restauracji. Kiedy podeszliśmy bliżej, zorientowałem się, że nazywa się "Pod Zeusem". W sumie to trochę logiczne... Empire State Bulding był zaledwie przecznicę dalej. W środku na pewno nie było jak na Olimpie. Pusto, mrocznie i tak... tajemniczo. Nie dodało mi to otuchy. W środku było bajrorko. Mówię serio. Podszedł do nas siwy kelner. Wcześniej moczył rękę w wodzie.
- Czego państwo sobie życzą? - powiedział z dziwnym, nie znanym mi akcentem.
- Chciałbym dostać jakąś rybę... - zaczął Luke. Wtedy się zaczęło. Jakaś dziwna przemiana. Kelner podreptał do bajorka i zaczął rosnąć i zieleniąc. W krótce stał przed nami jakiś potwór. To był chyba... chwila chwila...
- Skylla! - wrzasnęła Bella. Wyciągnąłem Niszczyciela. Bella łuk, a Luke Szerszenia. Wszyscy razem natarliśmy na potwora. Słabo, słabo... Już wiem! Wezwałem piorun! To idealne rozwiązanie! Woda znakomicie przewodzi prąd. Ziemia zadrżała...
- Eksploduje! - krzyknąłem. Wybiegliśmy z budynku mknąc przed siebie z prędkością światła. I nagle... BUUUM! Cała restauracja eksplodowała. Woda była wszędzie. Luke mocniej trzymał worek. Chyba nikt nie ucierpiał...
- TAM SĄ- To był Chejron. Świetnie. Spotkanie z kolegami z Obozu. Nie mieliśmy szans, mimo, że było ich raptem dziesięciu. Natarli na nas z wrzaskiem. Rozpoznałem Jacka, Jamesa i Rodricka od Ateny, Jerry'ego od Demeter, Mika i Nerydię od Hefajstosa i Fortyna, Braci Hood i Jessicę od Hermesa. Miałem strasznie mało sił. Nagle, wpadłem na pewien pomysł. Muszę tylko trochę zregenerować energię. Na razie powiedziałem tylko do Luke'a:
- Układ jak zawsze. - córka Apolla i syn Hermesa stanęli po moich bokach. Obozowicze natarli na nas. To było eee... z braku lepszego określenia śmieszne. Może ja też kiedyś taki byłem? Obóz Herosów robi z nas takie... coś? Może miesiąc tułaczki po kraju zrobił swoje? W każdym razie niedługo potem połowa uczestników wyprawy po odbicie Jacksona leżała na betonie ledwo żyjąc. James chwiejnym krokiem wstał, co było błędem, bo potem znów leżał na betonie. Krew mieszała się z błotem. No nie powiem, dość makabryczny widok. Został jeszcze Rodrick i Chejron. Rodrick zaraz leżał na ziemi, ale Chejron... jego będzie trudniej pokonać. Już miałem to zrobić, kiedy on powiedział:
- Ja tu dowodzę, nie walczę. - i odbiegł w kierunku Long Island. 3 godziny do przesilenia. Zdążymy. Wziąłem Luka i Bellę za rękę i poleciałem prosto na sam szczyt Olimpu, znany też jako Empire State Bulding.

czwartek, 29 maja 2014

Rozdział VIII Bliskie spotkania 3 stopnia

Ta nocia jest dla Kiary xD Dzięki, że komentujesz (i mam nadzieję, że czytasz xD)

                                                     *********************

Euforia po odzyskaniu mamy powoli (bardzo powoli) mijała. Byłem strasznie zmęczony. Zatrzymaliśmy się w jakimś hotelu. Jutro mamy zamiar porzucić samochód i wsiąść w samolot. Zaparkowaliśmy i poszliśmy się zameldować. Przy ladzie recepcji stała jakaś babka w turbanie i okularach przeciwsłonecznych.
- Witajcie sss... w hotelu El Domossss - przywitała nas z sykiem. Nie jestem taki głupi. Gorgona. Jaka NORMALNA babka założyłaby okulary przeciwsłoneczne o 3 nad ranem? No właśnie. Rozejrzałem się. Wokoło nikogo nie było. Powoli wyciągnąłem Niszczysiela i... ona zamierzała zdjąć okulary!
- Zamknąć oczy! GORGONA! - Wrzasnąłem. Chyba mi uwierzyli. Ja schowałem się za fotelem.
- Sssynu Zeusssa... pokaż mi sssię! - mruknęła. - och, kogo my tu mamy. Córeczkę Apollina. No moja mała. Muszę, przyznać, żeś ładna sss... - nie zamknąłem oczu. Nie dbałem o to. Walnąłem ją mieczem prosto w szyję. Głowa jej odpadła.
- Możecie otworzyć oczy. Nie żyje! - Luke wpatrywał się oniemiały w martwą recepcjonistkę. Bella rzuciła mi się na szyję i pocałowała. I nagle... tak, wiedziałem, że to się tak skończy. Wszedł tu kierownik hotelu. Wytrzeszczył oczy.
- Wiejemy! - wrzasnął Luke. Popędziliśmy do samochodu. Kiedy wybiegliśmy z budynku, już za nami szła ochrona. Nie było czasu! Zamieniłem się w konia. Zarżałem wskazując na grzbiet. Bella była tak oniemiała, że Luke musiał ją podnieść i posadzić mi na grzbiecie. Dotarliśmy do samochodu. Zamieniłem się znów w człowieka i wpakowałem się na tyły. Ręce - są. Nogi - są. Plecak - jest. Jackson w worku - jest. Bella wciąż oniemiała.
- C-co się s-stało? Czy ty jesteś... - spuściłem wzrok.
- Potomkiem argonauty, najwyraźniej.
- Czemu mi nie powiedziałeś?
- Ja się bałem, że... że mnie odrzucisz.
- Co? Dlaczego?
- Bo jestem spokrewniony z Jacksonem...
- Och, jaki ty jesteś... - nie dokończyła bo ją pocałowałem. A potem przytuliłem. I tak jechaliśmy na lotnisko. Kupiliśmy bilet na klasę premium, a co tam! Jak się ogarnęliśmy i w ogóle, okazało się, że mamy jeszcze półtorej godziny oczekiwania. Bella oparła się o moje ramię i zasnęła. Wziąłem z niej przykład. Spałem tak krótko, że nie zdążyłem mieć snu. Zaraz Luke mnie obudził i powiedział, że za 15 minut odlatujemy. Nieco bardziej wypoczęty ruszyłem ku bramce 38. Podaliśmy pani stewardesie bilety i siedzieliśmy w wygodnych fotelach w klasie premium. Było po 8 foteli w jednym rzędzie. 4 po prawej i 4 po lewej. Luke usiadł przy oknie. Bella obok niego, ja obok niej i jakiegoś faceta w czerwonej bluzie i ciemnych spodniach. Dlaczego to tak długo trwa? Kiedy odlatujemy?
- Michael Taylor, syn Zeusa. Witaj, braciszku. - Aha. Okej. No jasne... złość o byle co i brat...
- Ares. Jak miło cię widzieć.
- Jak tam na misji? Spodobał ci się mój list?
- Jaki... - list z początku! Dzięki co za perły... przydadzą się...
- To TWOJA sprawka? - przez jego aurę miałem ochotę go uderzyć.
- Moja. Ale była fajna zabawa, co?
- Eee... - w sumie... inaczej nie zacząłbym chodzić z Bellą i w Obozie też się tyle nie walczyło...
- Nie powiem, było nieźle. - po co się kłócić z bratem? I... bogiem przy okazji?
- Tak myślałem. Nawiasem mówiąc, twoja koleżaneczka Belira...
- Bella. - zazgrzytałem zębami.
- Nie ważne. On nie ma w sobie tylko krwi Apolla. Jej praprapraprapraprababcią jest...
- Afrodyta. - To dlatego tyle osób się za nią ogląda. Ma tą naturalną urodę, nie lubi się pindrzyć. To ma SENS.
- Zgadłeś chłopie. Dobry wybór.
- Coś do picia? Jedzenia?
- Nie dziękujemy. - powiedział Ares. Stewardesa sobie poszła.
- Ej! Ja jestem głodny! - zaprotestowałem. Byłem naprawdę zły.
- Masz! - Bóg wojny machnął ręką i pojawiły się... oranżada wiśniowa i żelki! Firmy Boooskie słodycze. Pycha.
- Ęk...i an...e resie! - powiedziałem z zapałem pałaszując moją przekąskę. Ares kiwnął głową, pstryknął palcami i rozmazał się w powietrzu. Objąłem Bellę ramieniem. To ma sens... i zasnąłem.


                                                                     ************

Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Bella i Michael ♥♥♥



środa, 28 maja 2014

Rozdział VII Taylor Manor (WHAT?!)

Po tej całej aferze ze śmiercią Belli, bałem się odstąpić ją na krok. Ba! Bałem się usiąść z przodu samochodu. Oczy robiły mi się liljiowe kiedy na nią patrzyłem. To musiał być jakiś efekt uboczny eliksiru Aresa (zabiję gościa, te oczy są tak... nie można się o nich ładnie wyrazić...). Jechaliśmy po nierównej drodze w kierunku Nowego Yorku. I nie uwierzycie... pozwolili mi odwiedzić St.Johns! Tak, dokładnie. Został tydzień do przesilenia. Według BWGTJ zostało 10 kilometrów. Prawie podskakiwałem na siedzeniu. Jedynie obecność Belli mnie od tego powstrzymywała. Luke chyba też poczuł ulgę. Nie będzie musiał się chować Annabeth kiedy... halo, pani Afrodyto! Proszę mi już nie mieszać w głowie! No. Także jedziemy. Mijaliśmy ocean. Zacząłem patrzeć przez okno.
- Abulugbu! - To Bella. Jackson trzymał jej rękę na ustach wię wydobywała ten dźwięk.
- Wiesz, to zaczyna mnie wkurzać. - powiedziałem do syna Posejdona. Wyjąłem Niszczyciela i ugodziłem go w rękę. Krwi nie było dużo. Rana wielkości małego guzika. Jackson syknął z bólu. Znów wpakowałem go do wora. Nie wiem jak się wydostał. Nie było żadnej dziury. No, ocean to ocean. Syn Posejdona to syn Posejdona. Zanim się obejrzałem, wjechaliśmy do St.Johns. Zwykłe miasteczko. Urocze domki i mnóstwo palm. W  końcu zauwarzyłem. Dom mojej matki. Miałem ochotę odfrunąć ze szczęścia. I wtedy zaczyna się akcja. Zamieniłem się w kolibra! Mówię serio! Takiego niebieskiego.
- Aaaa! Gdzie Michael?! Skąd się tu wziął koliber?! Luke! - wrzasnęła Bella . Pomyślałem, że nie mogę na to patrzeć i znów byłem człowiekiem! Wreszcie do mnie dotarło. Jestem spokrewniony z Jacksonem bardziej, niż przez ojca. Byłem potomkiem argonauty, wnuka Posejdona. Zrobiło mi się słabo. Prawie upadłem, Bella mnie podtrzymała.
- Co się stało, moja błyskawico? - spytała zmartwiona.
- Ja... nic. Nic się nie stało. - bałem się jej to powiedzieć. A jak mnie odrzuci? Zerwie ze mną? Nie. Nie powiem nic. Wjechaliśmy przez bramę z kutego żelaza. Żwirowa droga prowadziła pod wielkie, pozłacane drzwi. Rezydencja była z białego marmuru (to ulubiony materiał mojego ojca). Teraz zobaczyłem platynową tabliczkę z wyrytym napisem TAYLOR MANOR. Że cooo? Nie było czasu na podziwianie. W drzwiach stanęła smukła blondynka o smutnym wyrazie twarzy.
- Mamo... - powiedziałem. Drgnęła.
- Michael? To... to na prawdę ty? - w oczach mojej mamy zaszkliły łzy.
- Ona mi cię zabrała... - była bliska płaczu. Przytuliłem ją. Nie mogłem w to uwierzyć. Miałem mamę przez te wszystkie lata i nawet o tym nie wiedziałem? To już było nie fair.
- Kim są twoi przyjaciele? - zapytała gdy trochę się opanowała.
- To jest Luke Castellan, syn Hermesa, mój przyjaciel a to jest Bella Arcus, córka Apolla i moja dziewczyna.
- I nawet nie wiedziałam, że masz dziewczynę - powiedziała kręcąc głową. Bella nieśmiało się uśmiechnęła.
-Wchodźcie, co tak stoicie! - powiedziała mama.
- Ach, mogę jeszcze po coś iść? - zapytał Luke. No tak. Worek.
- Oczywiście, Luke. -  odpowiedziała pani domu. Nas wprowadziła do wielkiego holu. Bella trzymała mnie za rękę. Musiała się troszkę sterować. Z kątu łypała na nas rzeźba Zeusa. Wszystko było przepiękne, ale zimne. Ogólnie hol robił wrażenie mini-muzeum. Salon był dużo bardziej nowoczesny. Na marmurowej (oczywiście białej) podłodze leżał złocisty dywan. Stały tu złote, skurzane fotele i kanapy. Znajdował się tu największy telewizor jaki kiedykolwiek widziałem. W rogu była wieża stereo i sporawe głośniki.
- Derek! Mamy gości! - do pokoju wbiegł domowy troll w firmowej koszulce "Trolle sprzątają".
- Usiądźcie. Derek przyniesie nam... no co tam chcecie. - powiedziała mama. Troll podszedł do Belli i powiedział ochrypłym głosem:
- Co sobie panienka życzy?
- Och... ja poproszę może... herbaty? - Derek pstryknął palcami i w powietrzu zawirowała kubek herbaty. Bella ostrożnie upiła łyk.
- Mmm... pyszne! Dziękuję ci, Derek! Najlepsza jaką w życiu piłam! - pochwaliła go córka Apolla. Troll ukłonił się. Podszedł do mnie.
- Co pan sobie życzy?
- Może... oranżadę wiśniową i żelki? - tak, to była moja ulubiona przekąska. Troll ponownie pstryknął palcami i pojawiło się moje ulubione danie.
- Ach tak... on je kochał. - powiedziała mama.
- Kto? - zapytałem. Dopiero teraz zauważyłem że żelki i oranżada są firmy Boooskie słodycze.
- Twój ojciec. Nie było dnia, gdy nie pił i nie jadł wiśniowej oranżady i żelków. Mieliśmy w piwnicy całkiem niezłe zapasy. Do tej pory je mam. Słodycze tej firmy nigdy się nie psują. - właśnie w tej chwili do pokoju wszedł Luke z workiem na plecach. Rzucił mi spojrzenie pod tytułem Wrzuciłem mu środki usypiające.
- Są tu lochy?
- Po co ci lochy?
- Muszę... coś sprawdzić.
- Schodki w dół, jest tam parę cel.
- Dziękuję.
Luke ruszył ku schodkom.
- No więc... mamo. Opowiedz mi. - zacząłem rozmowę.
- O czym?
- O wszystkim. Moją historię.
- No więc... kiedy cię urodziłam i ja, i twój ojciec byliśmy bardzo dumni. Przez pierwsze 5 miesięcy byliśmy bardzo szczęśliwi. Ale on musiał odejść. Stawał się człowiekiem. Dwa miesiące potem, w twoim łóżeczku cię nie było. Był tylko list od Hery. 2 zdania. Nie możecie być razem. Zabrałam go do Obozu. Hera. Byłam zrospaczona. Upozorowałam własną śmierć. Chciałam już na zawsze żyć samotnie. Nie popełniłam samobójstwa dlatego, bo miałam przeczucie, że kiedyś się odnajdziesz. I oto jesteś.
- Jakim cudem nikt cię nie znalazł? Ta posesja jest ogromna!
- Mgła.
- Okej...
- Co was tu sprowadza, synku?
- Jesteśmy na misji zleconej przez ojca.
- Och... ojej. To lećcie już. Pozdrówcie go ode mnie. I pamiętaj, Michael. Od teraz to twój nowy dom.





poniedziałek, 19 maja 2014

Rozdział VI Nienawiść i miłość. Dwie różne sprawy.

Dla Aresa, który wymyślił świetny eliksir
                                                  **********************
Jackson uciekł, no i co z tego?! Nie to było najgorsze. On zabrał... on zabrał Bellę. Wolę zostać porażony piorunem ojca, niż żeby ktoś porwał moją koleżankę. Okno było otwarte, jechaliśmy obok oceanu. No tak, wszystko jasne!
- Michaeeeel! Luuuuke! - słychać było od wody. Odległy głos Belli. Bez namysłu wyskoczyłem z samochodu, z jedynie mieczem w ręku i skrzydlatymi Air Maxami na nogach. Luke zatrzymał wóz.
- Dajesz! Dogonisz ją! - rzucił mi worek. Nie ten stary, tamten był podarty. Ten miał złocistą powłokę mieniącą się w świetle słońca. Cesarskie złoto. Z tego materiału wykonano mój hełm. Koniec o broni, jeśli chcecie wiedzieć więcej zapytajcie tych od Hefajstosa. Buty od Hermesa były naprawdę szybkie. Wyciągnąłem z pasa coś w stylu boskiego GPS. Na ekranie pojawił się napis Witamy w BWGTJ ("Bóg Wie Gdzie To Jest). Powiedz, kogo chcesz namierzyć.
- Percy Jackson, syn Posejdona.
Strona Jackson.org. Leć prosto. Jesteś pół kilometra od celu. "To za daleko" - pomyślałem z rozpaczą. - "Jestem synem Zeusa. Gdzie ty masz mózg, czubku?" - Rozkazałem wiatrom wiać tak, żeby przyspieszały mnie. Tak, umiem latać. Każdy od Zeusa umie. Ale nie tak szybko jak z butami od Hermesa, czyli ponad 100 km/h. W oceanie zaczęły się robić różnego rodzaju bałwany. Już nie daleko. Jeszcze chwila i... widzę ich. Na olbrzymiej fali stał Jackson trzymając wyrywającą się Bellę. Z tego co widziałem, próbował ją pocałować. Cóż, zobaczymy jak syn Zeusa umie pływać!
- Αδιάβροχες, αδιάβροχες, δώσε μου τους ανθρώπους που είναι μαζί σας! - Powiedziałem po starogrecku, co znaczyło mniej-więcej Wodo, wodo oddaj mi ludzi, którzy są przy tobie czy jakoś tak. Nie wiem nawet z kąt mi się to wzięło, ale Bella i Jackson wylecieli w powietrze, jakby na gejzerze. Jacksona złapałem za kark i zobaczyłem co ma w kieszeniach. Kula teleportacji, dysk teleportujący firmy "Boskie fruuu!" i inne badziewie do teleportacji. Wszystko włożyłem do kieszeni. Jacksona wpakowałem do worka. Bella poleciała znacznie wyżej. Wpadła prosto w moje eee... objęcia. Polecieliśmy razem nad kanion, gdzie zaparkował Luke. Kiedy nas zauważył, uśmiechnął się i pomachał nam. Nagle, jego uśmiech gwałtownie zbladł.
- Szybciej, szybciej! - Teraz to zobaczyłem. Bella miała głęboką ranę w okolicach ramienia. Kiedy się przyjrzałem, okazało się, że to napis: Moja na zawsze. P.W.J. Perseusz Wiliam Jackson. Miałem ochotę cisnąć worek w góry. Musiałem dociągnąć. Kiedy wylądowałem, szybko położyłem ją na tylnym siedzeniu, worek natomiast, cisnąłem do bagażnika. Szybko podbiegłem do Belli. Luke podłożył ręcznik pod ranę dziewczyny. Wziąłem drugi i otarłem krew. Moja przyjaciółka była bardzo blada.
- Michael - szepnęła - dziękuję.
- Za co? - spytałem zrozpaczony - nie udało mi się cię ochronić! Zaraz umrzesz.
- Dziękuję ci, że wyrwałeś mnie z objęć Jacksona... widzę światło...
- Luke, ambrozja! - szybko podał mi sakiewkę pokarmu bogów. Wsypałem trochę do ust Belli. Moją uwagę zwrócił "Hermes o świecie" leżący na przednim siedzeniu. Nagłówek nosił treść - Złote Runo przeniesione! Umieszczone zostało wraz z bandą wściekłych pierkielnych ogarów w jaskini przy kanionie przy morzu niedaleko Las Vegas...
- Złote Runo! Przypilnuj ją! Muszę lecieć. - szybko wziąłem łuk, miecz, hełm i zbroję. Poleciałem do jaskini. Pierwsze uczucia : niesamowita pewność siebie. Uda mi się, lub zginę z Bellą. Wyciągnąłem łuk. Nagle, zapłonęły pochodnie. Piekielne ogary spały. Tak! Ustrzeliłem 1, 2, 3, 4... ze dwadzieścia. Ostatni poszedł równie gładko. Coś mi mówi, że dostaną niezły ochszan od tego, kto je tu postawił. Podszedłem do gablotki i wyjąłem Runo. Nie było czasu, użyłem jedną z kulek teleportacji. Jaskinia zaczęła się zawalać. Ale ja już rozdeptałem kulkę. Chyba takiego transportu użyję, aby dostać się do Wyroczni i na Olimp. Ale znalazłem się przy naszym aucie. Luke był bliski płaczu.
- Za późno. - nie. To nie mogła być prawda!
- Bella, obudź się, proszę! - nic. I tak położyłem na nią Runo. Nie chcę patrzeć na jej martwe ciało. Zdruzgotany zacząłem kopać worek.
- Ty (kop) największy (kop) palancie (kop)  na (kop) świecie (kop). - Nagle, zaczęło się dziać coś dziwnego. Ciało Belli zaczęło świecić na złoto. Pięć sekund później wstała! Ona wstała!
- Ból. To ostatnie, co pamiętam. - wymamrotała. Śladu nie było po jej ranie.
- Bella ty żyjesz! - podbiegłem do niej i nie wiele myśląc pocałowałem w usta. Nie protestowała. Czasami Afrodyta naprawdę wkurza. Potem przytuliła mnie.
- Halo! Ja też tu jestem! - powiedział Luke. Jego też przytuliła. Dopiero teraz zauważyłem, że jest strasznie mokra. Wyrzuciliśmy zakrwawione ręczniki i wyciągnęliśmy nowe. Luke ruszył, a ja usiadłem z tyłu obejmując Bellę. Opowiedziałem jej o Runie, jak musiałem stoczyć walkę na śmierć i życie z setką cerberów i piekielnych ogarów aby jej pomóc (nie wygadajcie mnie, okej?). Zmieniałem jej ręczniki i dawałem coś do picia. Kiedy wyschła i tak nie przesiadłem się do przodu. Bez niej nie ma życia. Przód to za daleko. O matko, jaki ja się romantyczny zrobiłem!
- No, moje papużki-od niedawna- nierozłączki. Witamy w chatce wyroczni. - przed nami piętrzyła się drewniana budka, w tle było widać Metropolię - Las Vegas. Wszyscy wysiedli. Pociągnąłem za sobą worek z Jacksonem. W środku cuchnęło stęchliznom. W fotelu siedziała mile wyglądająca starsza pani. Kiedy na nią spojrzałem, od razu rzekła.

Syn Pana Gromów większość trudów pokonał, lecz niech strzeże to nie zwie się zło. Matkę odzyskasz, bratanka zaś stracisz, już do Olimpu przyjaciół zaraz przekabacisz. Nikt cię nie okłamie, lecz ktoś zaskoczy, bowiem na ciemną stronę skoczy. Syn morza jest winny, ale nie. Dobrze się dowiesz, przekonasz się. Uważaj na swą moc, nie tylko w noc. Uda ci się, lecz nie zupełnie, więcej nic nie wiem może ty dowiesz się.

                                                         **************

Po pierwsze: wiem, że przepowiednia jest beznadziejna. Po drugie: Sorki za Bellę i Michaela, ale oni do siebie tak pasują... XD

niedziela, 18 maja 2014

Rozdział V "Czy ty nie masz przypadkiem niebieskich oczu?"

Ponieważ Luke miał 16 lat, to on prowadził. Jechaliśmy w milczeniu, nie licząc wrzasków dobiegających z worka.
- Taaaylor! WYPUŚĆ mnie, bo pożałujesz! Bella, kochanie, czy oni ciebie też porwali? Kotku, odezwij się! - na co moja przyjaciółka zdrowo kopnęła worek.
- Kto to zrobił?! Castellan?! Taylor?! Daję głowę, to nie mogła być moja kizia-mizia!
- Tak, to była twoja "Kizia-mizia"! A głowę z przyjemnością ci obetnę! - wrzasnąłem tracąc cierpliwość na przednim siedzeniu. Odwiązałem worek ukazując maluteńką szparkę i wsypując tam kolejną śmierdzibombę i garść płatków owsianych. Niestety, musimy go karmić i utrzymywać przy życiu, ale Jackson chyba zemdlał od tego smrodu, więc mieliśmy spokój. Mieliśmy zamiar pojechać na Olimp jak najszybciej, ale zapomniałem zrobić jednej rzeczy: odwiedzić wyrocznię. Najbliższa mieszka w - jakby to nie mogło być inne miejsce - Vegas. Miałem plan składający się z kilku punktów. 1) Nie dać się zabić 2) Odwiedzić Wyrocznię 3) Wynająć helikopter 4) Polecieć na Empire State Bulding. Byłem takim idiotą, że zapomniałem odwiedzić obozowej Wyroczni. Zapytacie pewnie: Po co do jasnej ciasnej odwiedzić wyrocznię?! Przecież Olimp jest tylko kilkanaście przecznic dalej od Obozu Herosów! Tak się składa, że jeśli na przykład... Jackson ucieknie, to nie będziemy wiedzieć, czy opłaca się go szukać czy też nie. W końcu zasnąłem:

Stałem niedaleko "domku" Jacksona. W oczach Chejrona były łzy. Obok niego stał Kozłonóg, Grover. Satyr powęszył i powiedział.
- Uderzenie pioruna. Że też nie pospieszyliśmy się z połączeniem empatycznym, chociaż nie mógł przeży...
- Uderzenie PIORUNA?! - przerwał Centaur.
- Tak.
- Taaaylor! To MUSIAŁ być on!
- Ale jak?! Nie ma takiej mocy!
- To syn Zeusa ty głupi Kozłonogu!
- Skąd wiesz, że to nie Zeu...- Obok satyra uderzył piorun. Byłem wściekły. Albo to tata, albo moje moce działają przez sen. Jak śmiał obrażać mojego ojca?! Ja mu pokażę! Kolejne błyskawice. W końcu go trafiło.
- Wiem, że to ty, Taylor. Dopadnę cię i rozszarpię na kawałki! - szepnął Chejron pochylając się nad Groverem. Obraz się rozmazał. Tym razem Silena pocieszała płaczącą Annabeth.
- N-n-n-n-nie m-m-m-mógł t-t-t-tak... - jąkała się córka Ateny.
- Ciii... jest dobrze. Luke by cię nie zostawił. Wróci do ciebie. Za dobrze walczy, by nie przeżyć.
- N-n-na p-pewno?
- Na pewno. Musisz wziąć się w garść! Luke by tego nie chciał!
- Masz rację. Muszę się ogarnąć! - Obraz znów się rozmazał. Tym razem siedziałem we wnętrzu bogato urządzonego dworku. Na białej, skórzanej kanapie siedziała kobieta z blond włosami i niebieskimi oczami. Kogoś mi przypominała. Nie wiem kogo, ale na pewno kogoś. Płakała. W ręku trzymała fotografię. Popatrzyłem na nią (fotografię) i zamarłem. Była na nim trójka ludzi. Ona, jakiś bobas i... mój ojciec. Tym bobasem muszę być ja, ta kobieta przypominała mi mnie, to była Aggie Taylor, moja matka! Ale zaraz... to nie możliwe! Ja nie mam mamy. Ona zginęła. Przeze mnie. Przy moim urodzeniu. A jednak... nie wiem co o tym sądzić. Zresztą, obraz teraz ukazywał kobietę z piwnymi oczyma, brudną twarzą i ciemnymi, przetłuszczonymi włosami. Jakim cudem sen tak może zmęczyć myśleniem?! Nie ważne, ja tą kobietę znałem. Nie raz była w New York Timesie czy innej śmiertelniczej gazetce. Do pasa miała przypięty pistolet. Cała była ubrana na czarno. Postanowiłem nie opowiadać Belli o tym śnie. Yvonne Arcus wędrowała przez New Yersey (poznałem po beznadziejnym krajobrazie).
- Apollo, kochanie. Daj mi jakiś znak! Że nasza córka żyje, czy cokolwiek innego! Jaka ja byłam głupia... - i się rozpłakała.

- Wstawaj! Już dziesiąta! - Luke miał podkrążone oczy. Ziewnął mi na dzień dobry. Prowadził w końcu całą noc.
- Gdzie jesteśmy?
- W Arizonie. Już niedaleko. Co ci się śniło? - spytała Bella. Opowiedziałem jej wszystko, oprócz obrazu jej matki. Kiedy skończyłem, powiedziała
- Twoja mama nie żyje. - Wiedziałem, że tak odpowie.
- Sny herosów nigdy nie kłamią!
- Wiem, ale... to dziwne. To by wyglądało na to, że cię porzuciła! A poza tym Aggie Taylor nie występuje od 14 lat. I na Manhattanie jest jej grób i ...
- WIEM! Ale to nie mogło być Elizjium w Hadesie. Krajobrazy za oknem wyglądały na... St. Johns! To w Arizonie!
- Michael, nie możemy tam jechać. Mamy misję! Twój ojciec się wścieknie!
- No tak, ale...
- MICHAEL!
- Okej, okej... ale on ją kochał!
- Wiem, ale po prostu nie zdążymy. - w oddali coś zaczęło dudnić. Kilka chwil później, przed nami wyrosła wielka hydra. Wyjąłem z pasa Aresa "Eliksir mocy - masz farta, działa w nieskończoność!" Szybko opróżniłem zawartość butelki. Złożyłem zbroję, hełm, wyciągnąłem Niszczyciela i przywołałem tarczę do normalnych rozmiarów. Wysiadłem z samochodu nie zważając na protesty przyjaciół. Czułem, jak eliksir wolno spływa do żołądka. Zbyt wolno. Nie zauważyła mnie. Stanąłem za wysokim głazem. Okolice krtani, niedaleko płuc i żołądek. Moje oczy (według opowieści Belli) zrobiły się czerwone. Miecz w mojej ręce zaczął płonąć. Zaszarżowałem. Potwór zauważył mnie. Kiedy obciąłem jedną głowę, nic z niej nie wyrosło. Sposób braciszka (Heraklesa): podpalić odcięte miejsce - więcej głów dzięki temu nie odrośnie. Druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta. Już tylko ta ostatnia. Ta, która jest mózgiem całego ciała. Strasznie się zmęczyłem, mimo eliksiru mocy. Wziąłem zamach i odciąłem ostatnią głowę. Światło mi zgasło. Bella ocuciła mnie w samochodzie. Córka Apollina. Boga lekarzy. Hello (czytaj: helooooł! xD) Była czymś zszokowana.
- Co jest?
- Czy ty przypadkiem nie masz niebieskich oczu?
- Mam. Spójrz! - pokazałem palcem na lewe oko. Bella pokręciła głową.
- Sam spójrz! - podała mi lusterko. Przewróciłem oczami, ale dla świętego spokoju podsunąłem je sobie pod twarz. Miałem... miałem szare oczy! Nagle mnie olśniło.
- Podaj mi butelkę po Eliksirze mocy. - kiedy odgiąłem etykietkę, było tam coś takiego:

Kontakt z ziemią - brązowe oczy
Kontakt z wodą / parą wodną / lodem - niebieskie oczy
Walka - czerwone oczy
Kontakt z trawą / drzewami - zielone oczy
Kontakt z przedsięwzięciem budowlanym / mechanicznym - szare oczy
Kontakt z elektryką - żółte oczy
Kontakt z ogniem - pomarańczowe oczy 
Ekscytacja - czarne

Soreczka, Michael źle napisałem. To eliksir żywiołów. Twój miecz / tarcza / zbroja może przywołać / zawładnąć każdym żywiołem. Nawet syn Posejdona w morzu nie może cię załatwić, kiedy wypiłeś tę potkę.
                     Ares
Ps "Eliksir żywiołów" to eliksir mocy

To było świetne! Jak bogowi wojny udało się stworzyć coś takiego?! Przeczytałem to na głos przyjaciołom. Reakcje były... różne.
- To nie możliwe! - Bella
- Ale coooool! - Luke. Jackson siedział cicho. Otworzyłem worek by wsypać tam trochę płatków. Lecz mojego kuzyna tam nie było.

środa, 7 maja 2014

Rozdział IV Bawimy się w złoczyńców

Ta notka jest dla każdego, nawet dla ciebie, jeśli kiedykolwiek porwałeś Percy'ego Jacksona.
                                                                 *******
Byłem w tak strasznym szoku, że zemdlałem. Znalazła mnie Silena od Afrodyty na podłodze kiedy szła na inspekcję. Leżałem w szpitalu przez kilka dni. Dowiedziałem się kilku interesujących rzeczy: Dostałem 4/5 punktów, jestem w szpitalu od tygodnia, Loy zajął się moim obiadem. Stetoskop (nasz uzdrowiciel, naprawdę nazywa się Brice Pelcom) kazał mi zostać tu jeszcze przez tydzień. Odwiedził mnie Chejron rzucając chłodne "zdrowia życzę". Po dwóch godzinach zaczynałem już świrować. No bo wiecie, herosi mają ADHD. Wtedy się rozpadało. Może tata chciał mi pomóc, ale widziałem co zrobić. Po cichaczu wymknąłem się na zewnątrz. Ostatnio dość często są burze. Kiedy naładowałem sobie akumulatory, poszedłem po plecak. Mam zamiar zrealizować moją misję bez pereł.

                                                              *********
Ubrałem się w zbroję, Niszczyciela włożyłem do pokrowca i zawiązałem go sobie u boku. Odkryłem, że moja tarcza może się zmieniać w breloczek. Wziąłem kawałek sznurka, i przymocowałem do niego breloczek-tarczę. Do plecaka wrzuciłem hełm, trochę nektaru i ambrozji, latarkę, moje skrzydlate Air maxy, zapas jedzenia na 3 miesiące, masę śmiertelniczych pieniędzy, złote drachmy, linę, Bejsbolówkę-niewidkę, ogień od Hestii i worek. Nie pytajcie, po co to ostatnie. Założyłem pas od Aresa, do którego dodatkowo przymocowałem spiżowe kajdanki. Przez ramię przerzuciłem złoty łuk i kołczan strzał od Apolla. Pójdę po Luke'a, Bellę i może Clarisse, ona nienawidzi Jacksona. Chociaż Luke nigdzie nie ruszy się bez Annabeth, ale to z kolei doprowadzi Bellę do rozpaczy. Nie ważne. Najpierw Luke, on praktycznie u mnie mieszka i tak się składa, że dziś u mnie nocuje. Zapukałem do drzwi.
- Kto to? - zapytał Luke.
- Ja, Michael. - drzwi się otworzyły. Stanąłem z niedużym pokoiku. Mój kolega ostatnio zwędził trochę rzeczy z pobliskiego AGD. W rogu stał telewizor z x-Boxem i Play Station 4. Obok była wieża radiowa.
- Nie w szpitalu? - zdziwił się.
- Nie.
- Ok, zwykle tu nie wchodzisz. Co się dzieje?- i opowiedziałem mu o swoim planie.
- Ja się nie ruszam bez Annabe...
- NIE! Bella, płacz, miłość melodramatyczna! Pamiętasz? - spytałem.
- Tak, racja... - Luke był wyraźnie zmieszany. Potem się wyprostował i powiedział dumnym głosem.
- Przyjaciele najważniejsi!
- Super. Taaa... idziemy po Bellę?
- Chodźmy zatem! - to było trochę dziwne, no comment. Poszliśmy po Bellę. Poszła z nami, gdy usłyszała co mamy zrobić. Ona chyba też nie przepada za Jacksonem. Poszliśmy do jego domku (a właściwie budki). Wleźliśmy tam przez okno. Spał. Miał niestety, lekki sen. Kiedy podłoga zaskrzypiała, obudził się.
- Co jest do cholery?! Co wy tu robicie, idioci?! - Wrzeszczał. Ale kiedy zauważył Bellę zaczął walić tak słabymi flitrami, że... będziecie mieć z niego bekę.
- Uuu... Bella, tak? Po co się trzymasz z tymi pacanami? Chodź zjemy kolację, popatrzymy na morze... będzie cudnie, śliczna. - Nie ogarniam, jak można ją TAK traktować? Piorun wleciał przez sufit i walnął go w pierś. Leżał nieprzytomny. W dachu była dziura, ale nie zamierzałem bawić się w śmiertelniczego Boba Budowniczego. Wraz z Lukiem założyliśmy mu kajdanki i wpakowaliśmy do worka. Dodatkowo wrzuciłem tam kulkę-śmierdziulkę, którą znalazłem w pasie od Aresa. Kiedy się obudzi, będzie miał małą niespodziankę. Sznurek przywiązaliśmy do worka, dzięki czemu nie musieliśmy go nieść (to by była masakra). Przeszukaliśmy jego dom. Znaleźliśmy długopis, który okazał się mieczem, zdjęcia Belli, drewnianą tarczę, zdjęcia Belli, kolejną linę (przyda się), zdjęcia Belli, masę niebieskich ciuchów, zdjęcia Belli, "Kuchnia- owoce morza" (książkę kucharską) i zdjęcia Belli. Wszystko potraktowałem piorunem. Tylko długopis trzeba było uderzyć 2 razy. Zastaliśmy domek, zostawiliśmy więcej miejsca do treningów. Wszystko to popiół. Zło! Błahahaha! Robiło się jasno. Zwialiśmy z obozu tak szybko, jak się tylko dało. W worku coś się działo. Stłumiony głos Jacksona krzyczał.
- Ratunku! Gdzie jestem?! Taylor, oberwiesz! Chejronie! Pomocy! - Wrzasnąłem:
- Przymknij się, Jackson! - ucichł. Ufff... Nie możemy się tak po prostu pokazać na Manhatanie z workiem na plecach. Miałem pewien pomysł. Na razie wynajęliśmy samochód, Lamborgini na nazwisko Jackson. Zapłaciliśmy za godzinę, ale chyba nie oddamy autka na czas.


                                                      **********************

Jaki Michael jest złyyyyyyyyyyyyyy! No cóż, kocha ojca. Zaraz się spytacie Co? czwarty rozdział i zaraz pojadą na Empire State Bulding? Nie, moi drodzy. Mam zamiar utrudnić życie Michaelowi.

poniedziałek, 5 maja 2014

Rozdział III Złodziej przesyła mi pozdrowienia

Ta notka jest dla Belli Arcus, córki Apolla. Będzie dobrze, zobaczysz. Michael coś poradzi.

                                      **************************************

Wpadłem jak burza do domku Apollina. Dosłownie. Znalazłem pokój, który moja przyjaciółka dzieliła ze swoją przyrodnią siostrą, Eve. Dawno już tu nie byłem. Sporo się pozmieniało. Na ścianach nad łóżkiem Eve wisiały plakaty z Elvisem Presleyem. Z opowiadań Belli słyszałem, że jej przyrodnia siostra niedawno go "pokochała". Tak, tak się wyraziła. Do drzwi były przykute dwa gwoździe. Na nich wisiały dwa łuki. Na szafce nocnej Belli była masa zdjęć przedstawiających mnie, ją i Luke'a. Ona sama siedziała na łóżku płacząc. Usiadłem obok niej. Już nie czułem mieszaniny uczuć jak we śnie. Teraz czułem tylko gniew na syna Hermesa.
- Hej, co się stało? - spytałem. Spojrzała na mnie zaczerwienionymi oczami.
- Luke ja go... - głos się jej załamał. Zaniosła się płaczem. Objąłem ją ramieniem.
- Dzięki, że jesteś, Michael. Bez ciebie nie... nie dałabym rady.
- Będzie dobrze. Założę się, że Luke'owi - to ostatnie słowo wypowiedziałem zdławionym tonem - jest teraz bardzo głupio.
- Nie miej do niego pretensji, Michael. On... on jest szczególnie związany z Annabeth. Znasz historię swojej siostry? Thali?
- Przemienionej w sosnę? - spytałem. Przytaknęła.
- Widzisz, oni byli dla siebie jak rodzina. Uciekali razem od swoich. Ja też kiedyś uciekałam. Miałam wtedy towarzysza. Nazywał się. - przełknęła ślinę. Jej oczy zapłonęły gniewem. - Chris. To znaczy Hyperion.
- Towarzyszył ci Hyperion? - spytałem z niedowierzaniem. Skinęła głową.
- Podawał się za syna Hermesa. Pod postacią Chrisa Traitora, śledził mnie dla kogoś. Nie wiem dla kogo.- słuchałem z uwagą.
- Jak odkryłaś, że jest Hyperionem?- spytałem.
- Rozmawiał z kimś przez tęczę. Nie widziałam z kim. Podawał komuś raport z tego dnia, a tamten tajemniczy gostek powiedział "Dobra robota, Hyperionie!". Byłam w szoku. Chwyciłam łuk i trafiłam go strzałą z grotem z niebiańskiego spiżu. Rozpadł się w pył. Miałam wtedy 10 lat, więc nie wiedziałam co z sobą zrobić. Obiecałam sobie  przecież, że nie wrócę do matki.
- Co się z nią stało? - zapytałem. Przełknęła ślinę.
- Czy nazwisko Arcus nic ci nie mówi? - poczułem jak przewraca mi się w żołądku. Yvonne Arcus była jedną z najbardziej poszukiwanych morderców w Ameryce.
- Nie zawsze taka była. - powiedziała ze smutkiem. - Nawet mój ojciec, Apollo nie mógł przewidzieć co spowoduje odejście jego od niej. Wściekła się, zaczęła robić wszystko, aby znów się z nim spotkać. Kiedy ktoś się śmiał z mojego taty, zabijała go i krzyczała "Nie obrażaj mojego kochanka! On do mnie WRÓCI!". - Znów się rozpłakała. Przytuliłem ją. Naprawdę nie wiedziałem jak ją pocieszyć. W końcu spytałem, zanim zdołałem ugryźć się w język.
- Jaka ona dla ciebie była? - zdziwiłem się, kiedy przestała płakać.
- Zgadnij. - och jak ja kocham sarkazm!                                                                                                   - Sorki. Nie pomyślałem. - twarz, którą poprzednio wykrzywiała wściekłość, złagodniała. Mimo to, widać było, że jest smutna. Ej, colo! to lew zwany Loy. Mój ojciec wymyślił lwy, podobnie jak kilka innych zwierząt więc mam z nimi połączenie telepatyczne, czy coś tam.
- Loy jest w ogródku. - powiedziałem. Dasz wapno na drut?
- CO?! - zapytałem. Lew przewrócił oczami. Czy twój stary może gadać?
- Nie mam z nim kontaktu! A skąd ci się wzięło "Dasz wapno na pręt"? - Na DRUT! Jestem nieśmiertelny, gościu. W starych, dobrych czasach jak gadałeś z kumplami przez telefon i któryś z nich chciał twoich starych do telefonu to mówili to zdanko.
-Ok... - Nie za bardzo rozumiałem, ale takie życie... - To co tam u ciebie? - A, nic ciekawego. Latam sobie tam i tu. Spotkałem piękną lwicę. Stary, to jest coś. Nazywa się Shoon...
- Loy! Jak miło cię widzieć. - Bella wyszła na zewnątrz. Zaczęła drapać lwa za uszami i po plecach. Loy mruczał zadowolony. Wszyscy byliśmy szczęśliwi. Zobaczyłem w oddali Luke'a ze srebrnymi fiołkami. Jeśli to były kwiaty od mojego ogródka, potraktuję go błyskawicą. I tak poczułem gniew, gdy go zobaczyłem.
- Przepraszam, Bella. Nie wiedziałem... - głos mu się załamał.
- Spoko. - dziewczynie to wystarczyło. Nie wiem jak, ale mi też.
- Michael. Perły zniknęły. - zwrócił się do mnie.


                                                  *********************************

Biegłem do mojego domu tak szybko, jak się tylko dało. Kiedy wszedłem do pokoju, czekał na mnie niezły bajzel. Książki były porozwalane na podłodze, a potem, strzałę od łuku znalazłem na poduszce. Kiedy to wszystko ogarnąłem ( co trwało z 2 godziny. Dziś na inspekcję przychodzi Silena od Afrodyty, a ona jest strasznie wybredna) podeszłem do szafeczki w której leżały "Dzieci Zeusa - ich moce". Drżącymi rękoma otworzyłem ją. Książka była na miejscu. Kamień spadł mi z serca. No, ale pereł nie było. Padłem zmęczony na łóżko. Coś było nie w porządku. Mianowicie, coś uciskało mi plecy. Kiedy wstałem, zobaczyłem kartkę, taką wiecie jak sobie śmiertelnicy dają na urodziny.

                                Serdecznie Cię pozdrawiam, Michaelu Simonie Taylor.
                            Te perły na sto procent mi się przydadzą. Życzę powodzenia
                                na tej twojej "misji". Tatuś już cię nie będzie chronił.
                                     Podziękuj Perseuszowi Wiliamowi Jacksonowi

                                          *******************************************
Buahahahahaha! Teraz czekajcie w męczarniach na cd! A tak serio, to i tak będzie niedługo...

wtorek, 29 kwietnia 2014

Rozdział II Nieładnie Luke, nieładnie...

Notka dla Kasi! Chciałaś, to masz... xD
                                  *****************************************
Kiedy się obudziłem, zajrzałem do szafy. Zwykle nie każdy na olimpie daje mi prezent, ale teraz nie znalazłbym boga, który nic mi nie kupił. Od Ateny dostałem czapkę bejsbolówkę, podobną do tej, co ma Annabeth. No i faktycznie zniknąłem gdy ją założyłem. Od Hermesa dostałem skrzydlate Air Maxy, od Aresa skurzany pas wojownika, czyli mały sztylet i kilka różnych rodzajów trucizn. Od Apolla złoty łuk z napisem "Michael Taylor" i kołczan złotych strzał. Był tam też krótki liścik informujący mnie, że kołczan sam się uzupełnia i, że łuk nigdy nie chybia. Od Dionizosa dostałem butelkę wina, którą dałem na ofiarę dla ojca (mnie pić nie wolno), od Hadesa dostałem kość jakiegoś nieboszczyka. A to przyjemniaczek! Od Hefajstosa dostałem ramkę ze złota, wysadzaną kamieniami szlachetnymi. W środku był obraz przedstawiający radę bogów w jakiejś kłótni. Namalowany przez Apolla. Od Posejdona dostałem glony. Nie no, cudowny prezent! Chyba najlepszy! Od Demeter dostałem małe drzewko w doniczce. Od Hesti dostałem ogień, który ogrzewa, ale można go dotknąć i wsadzić do słoika. Został prezent od ojca. Duża paczka. Rozwinąłem ją i zobaczyłem przed sobą książkę. "Dzieci Zeusa - ich moce". Coś niesamowitego! Jest to książka o wszystkich mocach dzieci Zeusa. Był do niej przyczepiony liścik.
 
14 lat to już coś, Michael. Istnieje pewne proroctwo, że dziecko Zeusa ocali ten świat. Nie powiedziane jest kto, nie powiedziane jest przed czym, ale powiedziane jest, że w wieku lat 16. Jest to bardzo blisko Twego wieku, więc każdy zaczął przygotowywać Cię jak tylko się da. Poradnik, który dostałeś ode mnie pokaże Ci, do czego jesteś zdolny podczas burzy i nie tylko...
                            Twój ojciec Zeus

PS Przepraszam za "prezenty" moich braci.
 
Nie dostałem nic od Hery. Nie lubi mnie, bo Zeus ją po raz setny zdradził. A ja jestem owocem tego związku. Artemida też mi nic nie dała. Na misji zabiłem bezbronnego jelonka, żeby mieć coś do jedzenia. Od tego czasu za mną nie przepada. Dziś jest straszna burza. Z piorunami. Okazało się, że obudziłem się o 6:30. Poszedłem poćwiczyć. Według książki mogę przywołać piorun i umieścić go w mieczu lub tarczy. Coś takiego pod napięciem to broń straszliwa. Wyciągnąłem rękę ku niebu. Piorun się do mnie zbliżał! Przez chwilę miałem centymetr nad ręką kłębek piorunów! Wskazałem tą ręką na tarczę i piorun tam powędrował. Tarcza świeciła teraz na niebiesko. Kiedy ją dotknąłem, jej blask tylko się wzmocnił. Czułem tą energię. To samo zrobiłem z mieczem. Poczułem, jakbym mógł łamać drzewa i przenosić góry. Podszedłem na arenę. Sprawdziłem swoje możliwości na manekinach. Po pięciu sekundach leżały całe pocięte na ziemi. Więcej nie niszczyłem. Fundusze Obozu Herosów są ograniczone. Wróciłem do domku. Kiedy puściłem miecz i tarczę, poczułem się bardzo zmęczony. Brakowało mi energii. Padłem zmęczony na łóżko. Natychmiast zasnąłem. Sen nie był jakiś straszny. Był za to obrzydliwy. Miałem nadzieję, że to tylko koszmar.
 
Siedziałem na ławce obok wyglądającej samotnie Belli. Płakała. Nie wiedziałem co się stało, ale było mi jej szkoda.
 - Co się stało? - zapytałem. Brak odpowiedzi. No tak. To przecież sen. Z oddali usłyszałem odgłosy, przez co Bella zaszlochała jeszcze głośniej. Udałem się w stronę dźwięku. Pod lasem, ze krzakami stał Luke i Annabeth. Całowali się. Poczułem mieszaninę uczuć. Z jednej strony to dobrze, że Luke znalazł sobie dziewczynę. Z drugiej, czułem się wściekły na syna Hermesa. Wszystko wskazywało na to, że Bella się w nim zakochała. Było mi też niedobrze. Co jak co, ale sami przyznacie, że to obrzydliwe. Było też to trochę śmieszne. Zażenowanie też dawało mi się we znaki. Postanowiłem nie mówić nic przyjaciołom o czym wiem.
 
Obudziłem się około 10:00. A właściwie obudził mnie Luke.
- Chejron zwołał naradę herosów! Żwawo, żwawo Michael! - Powiedział z błyskiem w oku. Coś czułem, że mój sen nie był zwykłym koszmarem. Ubrałem się i szybko zjadłem śniadanie w mojej kuchni. Zwykle jem tu z Lukiem. Mam wtedy towarzystwo, nie to co w stołówce, gdzie każdy siedzi ze swoimi braćmi. Kiedy już się ogarnąłem, ruszyłem ku drzwiom. Syn Hermesa zatrzymał mnie.
- Ubierz się, jak na pole bitwy przystało. - podał mi moje naładowane piorunami tarczę i miecz, oraz skurzaną zbroję.
- Znowu bitwa o flagę? - nie kryłem zdziwienia. Ten rodzaj ćwiczeń był zawsze w poniedziałki, a dziś był wtorek.
- Będzie nowy. Trzeba go zapoznać z, jak powiedział Chejron "każdym rodzajem ćwiczeń".
- Kto to?
- Percy Jackson. Syn Posejdona.
 
                                                            ******************************
 
Staliśmy przy scenie. Chejron trzymał ramiona nienaturalnie chudego chłopca z czarnymi włosami i zielonymi oczami. Jackson. Coś mi mówiło, że nie będę za bardzo lubił swojego kuzyna.
- Oto Percy Jackson. Nie ma jeszcze przedziału. - zawołał centaur. Wszyscy czerwoni (w tym ja) zachichotali. Nagle odezwał się Jack.
- Weźmiemy go. - powiedział do Chejrona, po czym zwrócił się do Jacksona. - Jestem Jack, syn Ateny i szef Błękitnych. Gdzie twój hełm?
- Nie mam hełmu. - powiedział strasznie wysokim głosem Percy. Jerry, syn Demeter rzucił mu hełm zakończony niebieskim pióropuszem.
- Zaczynamy grę o flagę! - ryknął Chejron. Jackson był strasznie oszołomiony.
- Układ taki jak zawsze! - krzyknął Luke. Jak zawsze. Ja, on, Annabeth, David, Mike, Alex (synowie Aresa), Ben, Anne, Aileen i Bella (dzieci Apolla) atakujemy. Reszta, broni flagi siedząc na drzewach. Trochę to dziwne, ale taki układ jest zawsze najlepszy. Bella miała zaczerwienione oczy, a kiedy Luke poprawiał Annabeth zbroję, usiłując się nie rozpłakać powiedziała mi, że idzie do toalety, po czym oddaliła się w stronę domku Apolla. Przesiedziała tam przez całą grę o flagę. Szkoda. Bo działo się, oj działo! Popędziłem tam, gdzie zwykle trzymają flagę. Idioci z nich, mówię serio. Była tam. Już miałem do niej podejść, kiedy drogę zastawili mi Jackson i Jack. Bez problemu powaliłem obu. Syn Ateny stracił przytomność. Jackson najwyraźniej go lubił, bo wstał z wyrazem wściekłości na twarzy.
- Jak mogłeś?!- zrobił kilka chwiejnych kroków w moją stronę wziął zamach i uderzył w mój miecz. Walczyliśmy przez kilka chwil. W końcu mi się znudziło. Uruchomiłem "skrytą moc" mojego miecza i walnąłem w niego piorunem. Strasznie wyczerpujące. Ale wziąłem sztandar i pobiegłem zawiadomić kolegów z drużyny. Wszyscy się cieszyli, a Luke tak, że przytulił i pocałował Annabeth. Wszystko ucichło. Do nikogo nie dotarło, co się właściwie stało. Bella, która właśnie "wróciła z toalety" zawyła jak syrena okrętowa i pobiegła do swojego domku. Bez namysłu, puściłem się za nią.
 
                                     *****************************************
 
Powiem jedno. Nigdy, przenigdy nie znajdziecie już na tym blogu takich rozdziałów. Zrobiło mi się niedobrze, kiedy go pisałam. 

piątek, 25 kwietnia 2014

Rozdział I Normalny dzień

Nazywam się Michael Taylor i mam 14 lat. Nie mam krewnych, nie licząc zgłupiałego do reszty kuzyna, Percy'ego Jacksona, syna Posejdona. Matka zmarła przy moim porodzie. Nazywała się Aggie Taylor i była podobno piosenkarką. Była dosyć ładna. Tak mi przynajmniej powiedziano. Mieszkam w Obozie Herosów od kiedy skończyłem roczek. Jackson przyjechał tu miesiąc temu. Przyznaje, te triki z wodą nie są złe, ale uważa się za najlepszego na obozie,  mimo, że nigdy nie był na misji. Nie raz wygrałem z tym idiotą. Mam kumpla, Luke'a, syna Hermesa i kumpelę, Bellę, córkę Apollina. Utrzymuję także dobre kontakty z Clarisse, córką Aresa, Victorem, synem Dionizosa (Pana D.) z Annabeth i Leokidiuszem, dziećmi Ateny. Ci bogowie lubią mnie, bo ja lubię ich dzieci. Jeśli chodzi o walkę, Jackson nigdy ze mną nie wygrał, bo on czerpie siłę z wody, a ja ze wszystkiego. Mój ojciec to sam Zeus! Pan tego świata! Wybudował mi piękny dom z białego marmuru z widokiem na góry. Meble są złote. Lub przynajmniej pomalowane na złoto. Jest tam salon, kuchnia, mój pokój, pokój dla gości (gdzie często sypia Luke), łazienka, strych, przedsionek, pokój gier, zbrojownia, "gabinet", sala ćwiczeń, balkon i mały ogródek. Nie zajmuję się nim zbytnio, mam dużo treningów. Jednak jest on i tak piękny, ma niespotykane kwity - złote róże, diamentowe tulipany i szmaragdowe stokrotki. Kwiatów jest oczywiście więcej. Luke lubi u mnie spać. On sam śpi w jednym, jednopokojowym, małym domku z 24 rodzeństwa: Andy, Andrew, Gabrielle, Yvonne, Ann, Paul, Larys, Feliodor, Leona, Fotyn, Gereonidiasz, Ksenia... nie da się ich wszystkich spamiętać! Każdy skrawek podłogi, to miejsce, gdzie śpi na przykład Ann. No masakra! Jeśli chodzi o zakwaterowanie, zaraz po mnie najlepszy domek mają dzieci Apollina. Jest to masywny budynek, nieco większy od mojego, co nie zmienia faktu, że bóg sztuk pięknych ma synów i córek 16. Mają tam małą zbrojownie, salon, 4 pokoje, strych, piwnicę i tor łuczniczy. Jest tam też oczywiście jeszcze łazienka i kuchnia. Jackson ma drewniany domek z widokiem na jezioro... Ach co ja gadam o domkach! Opowiem wam moją historię. Powinna być ciekawa.


- Zaczynamy grę o flagę! - krzyknął Chejron. Ucieszyłem się. To mój ulubiony rodzaj treningu. Na głowę włożyłem hełm zakończony czerwonym pióropuszem. Wziąłem swojego ukochanego Niszczyciela ze zbrojowni. To miecz, który był podobny do Szerszenia Luke'a. Też zrobiony z dwóch materiałów. Tylko trochę innych. Ostrzejszych. Lepszych. Niebiański spiż, jak jego i prawdziwy diament z drugiej strony. Potrafi pociąć każdego potwora na kawałki. Nieśmiertelnych i śmiertelnych również. Jak mówiłem wcześniej, bogowie mnie lubią, prawie jak Heraklesa. Ten miecz dostałem od Aresa na urodziny, razem z tarczą, która nigdy się nie spali, nie zarysuje. Od Ateny dostałem jeszcze bardzo lekką, skórzaną zbroje. Niby skórzaną, a nic jej nie przebije. Chejron był przeciwny tym podarkom, ale wtedy ojciec zesłał na Obóz wielką burzę. Ja wtedy czułem się świetnie. Nie wiedziałem wtedy, do czego jestem zdolny. Nie ważne. Chejron już mi tak nie ufał. Jakbym zaraz miał zmordować połowę śmiertelnych. Na obozie najważniejsza jest jednak sympatia Pana D., więc się nie za bardzo przejąłem. Wracając do gry.
- Start! - krzyknął centaur. Wszyscy rozbiegli się po lesie. Byłem dziś dziwnie zmęczony. Dotknąłem ziemi. Od razu poczułem przypływ energii.
- Michael! Wiem gdzie jest ich flaga! - krzyknął Luke. - jest 50 kroków na zachód od wielkiego domu.
- Ok! - odkrzyknąłem. Luke walczył ze swoim bratem, Fortynem. Szerszeń zranił go dogłębnie, a jego miecz obciął czerwony pióropusz Luke'a. Pobiegłem za Wielki Dom. Natknąłem się na dzieci Apollina i Ateny. Wszyscy jak jeden mąż strzegli flagi, nie licząc Annabeth i Belli, które były czerwonymi. Ostatni raz dotknąłem ziemi. Zakradłem się od tyłu. Bezgłośnie powaliłem z 5 osób jednym zamachem. Reszta oczywiście się zorientowała. Było źle. Połowa dzieci Apolla miała łuk i kołczan ze strzałami. Ja na szczęście miałem swoją zbroję. Strzały odbijały się ode mnie. Nie mieli mieczy. Zraniłem ich. Z dziećmi Ateny nie będzie tak łatwo. Na szczęście ma ich 7, a 3 powaliłem kiedy podszedłem ich od tyłu. Zaczął James. "Przypadkowo" dotknąłem drzewa obok. "Ojcze, pomóż mi!" - pomyślałem. Zaczęliśmy. Od razu go powaliłem. Rozkręcam się! Alice, Jack, Chris. Wszyscy leżeli poranieni. Wziąłem flagę. Jak zwykle wygraliśmy. U mnie w domu była mała imprezka. Żadna nowość. Kiedy położyłem się do łóżka, nie chciało mi się spać. Nagle usłyszałem znajomy głos. Głos ojca. "Dobrze się spisałeś, Michael.".
- Dziękuję, ojcze. - wyszeptałem. "Wiesz, że w maju są twoje urodziny"
- Wiem. 22 maja, dokładnie. - "Czy przydał ci się hełm, który dostałeś ode mnie rok temu?" - spytał. Rok temu dostałem od niego hełm, który podpowiada co zrobić w walce.
- Tak. Mówiłem ci to, ojcze. - odparłem. "Chcę ci w tym roku dać coś, co uczyni cię niczym Heraklesa. A przy okazji oddać ci to, co inni bogowie chcą ci podarować."
- Dzięki ci, ojcze Zeusie. Dzięki ci za to, co dla mnie zrobiłeś. - "Rzeczy pojawią się u ciebie jutro, w szafie. Teraz chcę z tobą porozmawiać. Skradziono mi piorun." To był dla mnie szok. Kto mógł się ośmielić?
- Jak to? Nie możliwe! Kto? - "Syn Posejdona. Perseusz Jackson."
- Syn Posejdona dostał imię po moim bracie? Jak on się ośmielił zabrać ci coś tak cennego?! - "Nie wiem, jak mu się udało. Mam jednak dla ciebie misję. Przyprowadź go na olimp. Razem z moim prezentem dostaniesz dwie perły, pożyczyłem od Posejdona. Nie wiedział po co mi to. Masz mu powiedzieć, że jego ojciec go wzywa. Rozdepczcie perły i pomyślcie Olimp. Znajdziecie się tam. Śpij dobrze."
- Wzajemnie ojcze. Wzajemnie.

                                        ******************************************

Jak zapewne zauważyliście, jest to trochę z filmu, trochę z książki. Kilka rzeczy jest pozmienianych. Na przykład Luke jest wśród czerwonych. Jeśli wam się notka spodobała, koniecznie ją skomentujcie. A w następnym rozdziale: Jackson - nienawiść od pierwszego wejrzenia. Czy coś w tym stylu.